Forum corvitempus.forumoteka.pl Strona Główna corvitempus.forumoteka.pl
Opis Twojego forum
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Szlak Południowy

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum corvitempus.forumoteka.pl Strona Główna -> Trakty Podróżne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Reynevan
Mistrz Gry
Mistrz Gry


Dołączył: 24 Lip 2012
Posty: 105

PostWysłany: Wto Sie 14, 2012 12:34 am    Temat postu: Szlak Południowy Odpowiedz z cytatem

Jest to trakt prowadzący od Rozdroży do Thunder Bluff.



Trakt ten przebiega przez malowniczą okolicę. Podróżując mijamy najpierw wspaniałe oazy obrośnięte bujną roślinnością, szerokie równiny, by wreszcie dotrzeć do zielonych łąk Mulgore. Trakt ten jest bardzo dobrze wykonany i co roku odbywają się na nim pewne naprawy aby był nadal przejezdny. Na tym szlaku trzeba uważać na wałęsające się wśród oaz centaury, jednak nie niepokojone przez nikogo nie zaatakują podróżnych.

_________________
Nie jest umar?ym ten, który spoczywa wiekami. Nawet ?mier? mo?e umrze? wraz z dziwnymi eonami.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 04 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 04, 2016 3:13 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Reynevan
Mistrz Gry
Mistrz Gry


Dołączył: 24 Lip 2012
Posty: 105

PostWysłany: Pon Sie 20, 2012 5:01 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Mistrz Gry

Gdzieś na południowym szlaku w cieniu drzew odległych kilkaset jardów od głównego traktu, siedziała grupka dosyć głośno zachowujących się postaci.
- Ej Gareth coś słabo ostatnie z tymi kurew**imi rabunkami.- krzyknął obgryzający kurzą kość, krótko ostrzyżony, krzepki bandzior o zakazanej mordzie pokrytej szczecinowatym zarostem.
- Ostatnio podróżni nie grzeszą wielkimi ilościami złota czy też towarów. Niedługo znów będziemy zmuszeni podkradać bydło bo tych pie**olonych kur mam już po dziurki w nosie!
Oparty o drzewo mężczyzna, do którego adresowane były słowa nie odpowiedział. spojrzał jedynie spode łba na nieogolonego i potrząsnął głową co u niego mogło znaczyć jedynie narastającą irytację. Po chwili gdy dostrzegł, że oczy całej bandy skierowane są w jego stronę odchrząknął i rzekł - Cholerni z was głupcy! Skoro przez jakiś czas żadne wozy kupieckie z towarami nie przejeżdżały szlakiem znaczy to mniej więcej tyle, że to się już niedługo zmieni. A gdy napchamy już swoje sakiewki po brzegi wyruszymy w drogę i będziemy obozować w okolicach Ogrimmaru. Tam się lepiej obłowimy. Już nie będziesz musiał narzekać na wypełnianie żołądka kurzymi gnatami Helgrath. Już nikt nas nie wyrzuci z "Bezpańskiego Kuca"! To my będziemy wyrzucać innych. Ci zafajdani szmatławcy nas popamiętają! Może nawet złapiemy kontakt z podziemiem? Kto wie... Ale jak na razie musimy być skupieni na grabieży w tutejszej okolicy. Któryś z was ma jakieś obiekcje łachudry?- gdy nikt się nie odezwał mężczyzna zwany Garethem dodał głośno - Tak myślałem...
Po wysłuchaniu wywodu swego przywódcy reszta bandy zajęła się ostrzeniem swych wyszczerbionych narzędzi mordu a także doszczętnym opróżnianiu bukłaków z paskudną gorzałą. Widocznie jego tyrada zaspokoiła ich ciekawość bądź po prostu nie byli na tyle rozgarnięci by podjąć dyskusję ze swym przywódcą. Pomijając to, że w ich obozowisku było gwarno to cała banda była skupiona i każdy nasłuchiwał czy nie nadarza się okazja do rabunku.

_________________
Nie jest umar?ym ten, który spoczywa wiekami. Nawet ?mier? mo?e umrze? wraz z dziwnymi eonami.


Ostatnio zmieniony przez Reynevan dnia Sob Lis 10, 2012 12:50 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Neex
Site Admin


Dołączył: 19 Lip 2012
Posty: 93

PostWysłany: Wto Sie 21, 2012 2:56 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Neex siedział w krzakach nieopodal i obgryzając owoc z kaktusa przysłuchiwał się rozmowie zakapiorów. Wyśledzenie tej bandy popaprańców nie było specjalnie trudne gdyż zostawiali po sobie taki syf, że właściwie można było ich znaleźć po zapachu. Owoc ostał obgryziony do pestek. Troll wyrzucił resztki na ziemię i odpalając sobie drewnianą fajkę z substancją o dziwnym zapachu wyszedł z krzaków i z niespecjalnym poruszeniem podszedł w stronę bandytów. Podciągnął ręce do góry w geście mającym powszechny przekaz "przybywam w pokoju".

- Witać ja Was przyjaciele. Ja przybywać w pokój gdyż ja mam do Was sprawę w interesy. Ja słyszeć Wasza rozmowa i ja sądzić, że ja Wam móc pomagać z ta sprawa, że wy bez sakiewek pełnych być. Jest miejsce do zrabowania.

Troll zerkał na bandytów z zaciekawieniem, lekko się uśmiechał i sprawiał wrażenie bardzo pewnego siebie. Miał plan i dążył do jego realizacji, taki właśnie był Neex.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Reynevan
Mistrz Gry
Mistrz Gry


Dołączył: 24 Lip 2012
Posty: 105

PostWysłany: Wto Sie 21, 2012 1:04 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Mistrz Gry

Banda gawędząc i popijając gorzałę zdawała się nie zwracać uwagi na to co dzieje się wokół. Jednak nagle, któryś z nich syknął słysząc zbliżające się koki i chcąc uciszyć przy tym swych kompanów. Helgrath bo tak nazywał się zaalarmowany krokami osiłkiem wstał. Był on krzepko zbudowanym orkiem a pierwszym na co zwracało się uwagę patrząc na niego była długa blizna biegnąca od lewej skroni aż po podbródek, której raczej nie nabawił się przy goleniu. Gęsty tygodniowy zarost również temu przeczył. Ubrany był, jak reszta jego bandy, w brązowy skórzany kaftan zapinany mosiężnymi klamerkami. Jego lniane spodnie podtrzymywał gruby skórzany pas a ich nogawki wpuszczone były do długich skórzanych butów z cholewą, w której zapewne ukryty był sporych rozmiarów kozik. W jego oczach, gdy wpatrywał się w głuszę, widać było zainteresowanie połączone z poirytowaniem.
- Hej któż tam się skrada? Pokaż się szubrawcu! - Gdy po tych słowach ich oczom ukazał się szczupły troll odziany w lnianą koszulę i takie też spodnie, napięcie trochę opadło. A jakież było zdziwienie bandy gdy odezwał się on do nich w sposób, który ciężko było to nazwać mową. Ważniejsza była jednak treść wiadomości im przekazanej. Po chwili zadumy pierwszy krzyknął w stronę herszta bandy Helgrath.
- Słuchaj Gareth przecież to jakiś idiota jest, który nawet nie potrafi się porządnie wysłowić. Przetrąćmy mu kilka kości bo przychodząc tutaj potwierdził tylko, że chciałby zobaczyć swe kły wiszące na drzwiach jakiejś cholernej karczmy! A może nawet ma coś przy sobie co można by mu było odebrać, chociaż po jego wyglądzie ciężko coś takiego stwierdzić na pewno. Hę, trollu co tam nam przytaszczyłeś?
- Zamknij się Helgrath! Idiotą to jesteś tylko i wyłącznie Ty, a Twoja matka była chędożona chyba przez stado bawołów skoro wydała na świat kogoś o takiej przenikliwości! Przepraszam za mojego kompana przybyszu gdyż jest on trochę narwany - w tym miejscu Gareth Wildbane zrobił przerwę i splunął - Po pierwsze jednak nie przedstawiłeś nam się a przez tego cholernego kretyna ja nie muszę Ci się przedstawiać gdyż pewnie już to sobie wykoncypowałeś.
W oczach rozbójnika niebezpiecznie błysnęło. W skupieniu obserwował Neex'a. Z jego twarzy jednak ciężko było cokolwiek wyczytać. W każdym bądź razie sprawiał wrażenie bardziej inteligentnego a co za tym idzie przebiegłego od reszty swojej bandy. W innym wypadku elfowi ciężko byłoby zapanować nad taką hałastrą, jaka siedziała wokoło. Po chwili skinął głową w stronę Helgratha i powiedział - Trollu nie będziesz tak przecież stał kiedy my siedzimy. Tak nie wypada prowadzić rozmowy. To się po prostu nie godzi. Usiądź tutaj z nami, akurat mieliśmy rozpalać ognisko coby upiec jakiegoś leśnego zwierza.
Po tych słowach Helgrath podszedł do Neex'a i delikatnie, machając w jego stronę majchrem jakiego nie powstydziłby się gigant wzgórzowy, zasugerował mu aby zrobił tak jak powiedział Gareth.
- Chodź, chodź - wymawiając te słowa zbójca zarechotał paskudnie - siądziesz sobie tutaj grzecznie z nami i opowiesz dokładniej o tych wielkich skarbach, o których jakoby posiadasz wiedzę. Może nawet poczęstujemy Cię gorzałką byś był bardziej... jak to się mówi?
- Elokwentny pacanie! Siadaj trollu, siadaj! Nie lubisz chyba tracić czasu? No nieważne chodźże tu wreszcie!- zawołał Gareth po czym umilkł, czekając aż Neex do niego dołączy.

_________________
Nie jest umar?ym ten, który spoczywa wiekami. Nawet ?mier? mo?e umrze? wraz z dziwnymi eonami.


Ostatnio zmieniony przez Reynevan dnia Sob Lis 10, 2012 12:49 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Neex
Site Admin


Dołączył: 19 Lip 2012
Posty: 93

PostWysłany: Sro Sie 22, 2012 2:17 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Nie tracąc uśmiechu troll wzruszył ramionami i lekko przygarbiony, sprężystym krokiem dotarł na wskazane miejsce i zasiadł. Swój wzrok kierował najpierw w kierunku Helgratha a herszta bandy. Podrapał się po głowie i zmrużył oczy. Podczas ich kłótni wyjął sobie jak gdyby nigdy nic mieszankę ziół z sakwy i nabił fajkę wcześniej wydmuchując oczywiście spaloną zawartość. Odpalił ją i po ściągnięciu kilku buchów podał "magiczną różdżkę" w stronę najbliższego członka bandy. Przetrzymał powietrze zmieszane z dymem w płucach, aż wreszcie wypuścił mieszankę na zewnątrz i głośno westchnął.

- Ja nie chcieć Wam przeszkadzać w ta wymiana słów, ale my nie mieć dużo czasu. Ja zaprowadzić Was do miejsca, w którym kryje się mnóstwo skarba. Wy sobie rabować ile chcieć, a ja żem tylko bym chciał co by im dobrze dokopać. Ja nie lubić tych gnojki, bo oni mi zrabować moja dom. Oni mieć siedzibę nie tak daleka droga i my tam móc dotrzeć w dwa dni jak my wyruszyć zaraz. Więc jeśli Wy się przestać kłócić to my móc iść. Tak jam mówić, wasze skarba moja zemsta.

Troll odebrał już zapewne pustą fajkę i raczył nabić ją na nowo. Podobnie jak wcześniej odpalił sam tym razem się nie zaciągając i podał kolejnej osobie. Uśmiechnął się szerzej i wstał. Nie wykonywał broń boże żadnych gwałtownych ruchów. Spokojnie podszedł do Herszta i wyciągnął dłoń w jego kierunku.

- My mieć umowa wodzu?

*Hmmm... To może być ciekawskie. Dobrze, że ja wysłać kruk z wiadomość. Ciekawe kto ją odebrać.*
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Reynevan
Mistrz Gry
Mistrz Gry


Dołączył: 24 Lip 2012
Posty: 105

PostWysłany: Sro Sie 22, 2012 12:15 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Mistrz Gry

Gareth siedzący ze skrzyżowanymi nogami popatrzył w stronę swego rozmówcy. Był on podobnie ubrany do reszty bandy, ale kilka szczegółów go wyróżniało. Jak przystało na elfa, przyozdobił sobie ubranie paroma błyskotkami mieniącymi się w świetle dnia a w lewym uchu nosił złoty kolczyk. Krótko przystrzyżone czarne włosy jak i nienagannie ogolona facjata wyróżniała go spośród reszty zbójeckiej bandy. O dziwo nie zdobiły go również żadne widoczne blizny, czego nie można było powiedzieć o jego towarzyszach dosłownie nimi pokancerowanych. Przywódca zbirów uśmiechnął się i jął wyciągać rękę w stronę Neex'a, jednak w pewnym momencie zatrzymał ją.
- Słuchaj trollu nadal się nie przedstawiłeś co można odczytać jako pewien brak wychowania, bądź po prostu chcesz być niegrzeczny. Myślę jednak, że wynika to jednak z faktu zachłyśnięcia się spotkaniem z nami. Całkowicie to rozumiem. - Gareth błysnął zębami w paskudnym uśmiechu. - A co do tego skarbu, o którym tak żywiołowo opowiadasz, chciałbym dowiedzieć się trochę więcej. Co to za typy Ci tak paskudnie za skórę zalazły to po pierwsze. Po drugie gdzie znajduje się ich domiszcze czy też inna siedziba? Jakoś nie mam zamiaru po tak mętnych wyjaśnieniach wyruszać gdziekolwiek. Tutaj przynajmniej w spokoju można się napić gorzałki a i czasem ktoś do obrabowania się napatoczy. Prawda chłopaki?
- Prawda! - ryknęła chóralnie cała banda.
- To jak będzie trollu? Opowiesz nam coś więcej? Bo widzisz... Zaczynam się martwić, gdyż Helgrath gdzieś zniknął i wziął ze sobą zwój konopnego sznura. A to nigdy nie wróży niczego dobrego. To jest chłop na schwał , ale jak sobie coś ubzdura to nic dobrego z tego wyniknąć nie może. - kilku członków bandy zacharczało w spazmatycznym śmiechu.
- Po co mamy marnować swój czas trollu? A Ty Berengarze skończ dusić tą cholerną fajkę i oddaj ją właścicielowi. Strasznie cuchnie ta zielna mieszanka.
W powietrzu rzeczywiście unosił się swąd palonego ziela. Co ciekawe wspomniany Berengar palił tą fajkę bez opamiętania z nikim się nie dzieląc. Jednak upomniany przez Garetha, z pewnym ociąganiem zwrócił ją Neex'owi. Po tym zapadła cisza i tylko skrzek ptaków kryjących się wśród koron drzew zdawał się przypominać wszystkim, gdzie się znajdują.

_________________
Nie jest umar?ym ten, który spoczywa wiekami. Nawet ?mier? mo?e umrze? wraz z dziwnymi eonami.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Neex
Site Admin


Dołączył: 19 Lip 2012
Posty: 93

PostWysłany: Sro Sie 22, 2012 12:44 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Neex westchnął pod nosem. Strasznie nie lubił mówić, sto razy bardziej wolał robić. Odebrał swoją fajkę i ponownie zaczął ją czyścić i nabijać na nowo. Odpalił i podał tym razem w drugą stronę skoro tamten człek z lewej wypalił już dosyć sporo "zielska". Neex, usiadł z powrotem na miejscu i przeciągną się strzelając kośćmi. Kompletnie nie czuł strachu przed swoimi kompanami. Nawet w pewnym momencie zaśmiał się razem z nimi.

- Dobrze niech tak być więc. Taaakk... Faktycznie spotkać z Wami przyćmić mnie i ja się zapomnieć przedstawić. Ja być Neex i miło Was poznać. Ty mnie pytać kto mi zaleźć za skóra. To ja Ci mówić, że moje byłe bractwo. Corvi Tempus. Może wy słyszeć może nie słyszeć, kto wiedzieć. Siedziba tak jak ja powiedzieć, znajduje się dwa dni droga stąd. Na wzgórzach skalnych, ja dobrze znać droga i skrót. Przejść my więc do tego co Was interesować najbardziej. Skarb. Tak w siedziba my mieć duży skarb. Złoto, pierścienie, wisiory, kamienie, dużo pitna woda i dużo sprzęta. Wy móc tam znaleźć helikopter, motorów kilka i innych fajnych gadżetów. Ja wiedzieć co mówić. Prócz tego co ja wymienić to Wy musieć wiedzieć, że siedziba to całkiem niezłe miejsce na kryjówka, wy sobie tam móc zostać. Tak to już chyba wszystko co ja mieć do powiedzenia, teraz my móc iść? Jeśli my nie wyruszyć szybko to Ty musieć wiedzieć, że ich tam być móc więcej. teraz co najwyżej kilka osób, może ich tam być maks cztery. Ja Wam oczywiście pomóc.

Troll pogrzebał głębiej w swojej sakiewce i po chwili wyjął jeszcze kilka liści tytoniu, w które zaczął nakładać zielsko i zwijać.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Reynevan
Mistrz Gry
Mistrz Gry


Dołączył: 24 Lip 2012
Posty: 105

PostWysłany: Sro Sie 22, 2012 6:57 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Mistrz Gry

Po wysłuchaniu tego co Neex miał do powiedzenia Gareth na chwilę pogrążył się w zadumie. Po czasie, w którym piasek przesypuje się w klepsydrze jednak się odezwał.
- Eh... Neex'ie, Neex'ie coś Pan kręcisz czym mnie już powoli zaczynasz wkur**ac. Mówisz, że jest to całe bractwo prawda? Jak niby nasza piątka ma poradzić sobie z szubrawcami kryjącymi się za murami, nawet przy Twoim jak mniemam wielkim wkładzie. O ile pamiętam to w kierunku, który wskazujesz rzeczywiście jest jakieś ponure zamczysko. Wiecie coś o nim chłopaki?
- Gareth ja tam bym uważał bo ludzie gadają, że w tamtej posiadłości straszy... A poza tym pierwsze słyszę , żeby ktoś tam się osiedlił. Jakaś naciągana ta historia. - odezwał się któryś z oprychów.
- Dobrze trollu - odezwał się Gareth. - zrobimy tak... Wyruszamy od razu, a Ty nam wskażesz drogę. Wydaje mi się, że pogłoski o domniemanych duchach czy też innych zjawach są mocno przesadzone. Dziwie się, że was strach obleciał gieroje cholerni. Nawet jeżeli okaże się, że ich przewaga liczebna nie pozwoli nam przechilić szali zwycięstwa na nasza stronę to zawsze możemy Ciebie, drogi Neex'ie, wymienić na jakieś kosztowności. W końcu Ciebie pewnie też szukają. Tak czy siak bardzo możliwe, że uda nam się coś utargować. Helgrath pilnuj go!
Gdy Gareth skończył swoją wypowiedź, cała banda rozpoczęła przygotowania do drogi. Tylko Helgrath cały czas w skupieniu obserwował Neex'a aby przypadkiem nie zwiał ze strachu. Reszta już narzucała plecaki na ramiona oraz szykowała swój oręż do drogi. Berengarowi pakowanie rzeczy szło niezbyt dobrze. Non stop potykał się jak nie o rzeczy swych kompanów to o własne nogi.
- Hej Berengar co się dzieje? Weź się w garść! Mówiłem żebyś tak nie dusił tego zielska z fajki. Pewnie Ci na mózg padło baranie zafajdany! - pieklił się Gareth Wildbane poganiając swego nierozgarniętego kompana.
Po pewnym czasie wszyscy już byli gotowi i tylko nieszczęsny Berengar chwiał się na nogach tak jakby były z galarety jakiejś ulepione. Co chwila ktoś się na niego wydzierał i wygłaszał uszczypliwe uwagi o jego matce, lecz on najwyraźniej nie zdawał sobie do końca sprawy gdzie jest ani co robi. Jednak po pewnej chwili ruszyli w stronę, którą wskazywał im prowadzony przez Helgratha Neex.

Grupa rabusiów prowadzona przez Neex'a z/t

_________________
Nie jest umar?ym ten, który spoczywa wiekami. Nawet ?mier? mo?e umrze? wraz z dziwnymi eonami.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sakos



Dołączył: 12 Lip 2013
Posty: 22

PostWysłany: Pią Lis 15, 2013 5:53 pm    Temat postu: Szlak Południowy Odpowiedz z cytatem

Musiał sobie znaleźć jakąś kryjówkę. Na sawannie wokół Rozdroży nie było żadnej, która usatysfakcjonowałaby zabójcę. Nie bez powodu wybrał ten szlak. "Ten szlak prowadzi do Mulgore, gdzie będę mógł się ukryć w lasach na jakiś czas. Tutaj można wypatrzeć człowieka stanowczo za szybko. W lesie znajdę pożywienie, zioła i schronienie". Jednak co to by było za schronienie? Nie miał przy sobie żadnego posłania, namiotu czy czegoś takiego. Nie miał możliwości tego zabrać z Silvermoon i powód był oczywisty. "Ehh... Przydałby się teraz Arual. Wiedziałby jak zapewnić nam takie schronienie. Nie najlepiej też u mnie z tropieniem zwierzyny, ale znam chociaż jakieś podstawy". Niby był mistrzem Aruala, ale prawdą było to, że uczyli się od siebie na wzajem. Obaj przedstawiali sobie dwa różne środowiska, w których żyli. Arual w lesie, a Sakos w mieście. Arual nauczył na przykład Windrunnera jak sprawdzić godzinę po ułożeniu słońca na niebie. Mistrz uczył go za to jak wtapiać się w tłum w mieście i jak zdobywać informację. Byli pod pewnym względem przeciwieństwami, ale też uzupełniali się wzajemnie. "Mam nadzieję, że jeszcze go spotkam. Że zrozumie". Parł uparcie przed siebie. Po kilku godzinach dotarł do Mulgore. Droga prowadziła przez wzniesienie, za którym znajdowała się piękna, zielona kraina. Widząc to Windrunner pomyślał, że byłoby to piękne miejsce na dom. Poszedł dalej. Na razie wokół niego rozciągały się same łąki, ale na horyzoncie widać było wielką ciemnozieloną masę, którą był las. Mulgore wyglądało wspaniale. Łąki tonęły w promieniach popołudniowego słońca, a nad głową po bezchmurnym niebu szybowały ptaki. Sakos ściągnął kaptur i rozkoszował się ciepłem ogrzewającym twarz. Po jakimś czasie zobaczył dym unoszący się wysoko do nieba, który miał swoje źródło najpewniej w jednej z taureńskich wiosek. Nie pomylił się. Po jakimś czasie zauważył kilka namiotów i ruszył w tamtą stronę. Potrzebował wyposażenia. W obozie, bo nie można było tego nazwać miasteczkiem, znalazł to czego szukał. Przywódca grupy taurenów zaoferował mu najpotrzebniejsze rzeczy do "koczowniczego trybu życia", jak to ujął. W zamian chciał tylko informacji, czy Sakos nie widział nic podejrzanego na terenach Mulgore. Elf zaprzeczył, a tauren najwidoczniej mu uwierzył, bo jakiś czas potem Windrunner szedł dalej z "przenośnym wyrkiem" pod pachą. "Arual wiedziałby, jak to się nazywa. Chociaż "przenośne wyrko" nieźle brzmi". Nie miał już gdzie przypiąć sobie nowy bagaż, więc niósł go pod pachą, co było bardzo męczące nawet dla niego. Wieczorem dotarł do granicy lasu. Nie chciał błądzić między drzewami po ciemku, chociaż nawet dobrze widział w ciemności, ale wolał nie ryzykować. Poszedł wzdłuż lasu, aż trafił na miejsce, które mu się spodobało. Była to mała łąka ukryta niedaleko za linią drzew. Prawie by ją przeszedł i nie zauważył. Na skraju tej łąki płynął mały strumyk, za którym od razu rosły następne drzewa. Polana była nie wielka, ale wystarczająca. Postanowił się tu zatrzymać. "Zobaczmy co tam mi byczogłowi upchnęli". Rozpakował swój bagaż i zorientował się, że to mały namiocik zrobiony ze skór bestii kodo. Tyle, że to był naprawdę malutki namiocik. Gdy go rozłożył, zorientował się, że w namiocie można przebywać tylko w pozycji leżącej. Miał może pół metra wysokości i był na tyle długi i szeroki, aby pomieścić elfa. "Niegłupie. Taka konstrukcja mniej rzuca się w oczy i nie jest zbyt ciężka. Sprytne... Ale nie mam pojęcia jak do tego się mieszczą taureni. Pewnie dostałem rozmiar namiotu dla bobasa". W namiocie rozłożył dodatkową skórę, którą dostał od rogaczów i usiadł na ziemi koło namiotu. Był bardzo głodny, ale nie miał już siły na polowanie. Tę noc będzie musiał spędzić o pustym żołądku, ale już nie raz mu się to zdarzało. Przynajmniej może odpocząć i napić się wody ze strumienia. Właśnie, woda!! Zorientował się teraz, jak bardzo jest przepocony. "Pewnie żadne zwierzę nie zbliży się na odległość kilometra, gdy poczuje ten swąd". Zdjął więc swoją szatę, ale od pasa w dół był ubrany jak wcześniej. Razem ze swoją szatą musiał zdjąć kuszę i kołczan oraz pas z uzbrojeniem. Był bardzo zmęczony całodziennym marszem, ale jednak podszedł tak półnagi do potoku. W tym czasie słońce dawno już zaszło i kilka chwil temu księżyc pojawił się na niebie. W słabym świetle nocnej gwiazdy uważny obserwator mógłby zauważyć tatuaże, które Windranner nosił na swoim ciele. Najbardziej rzucał się ten na plecach. Był to czarny jak noc orzeł. Jego głowa zaczynała w dolnym odcinku szyi elfa, a skrzydła rozpościerały się majestatycznie na jego łopatkach. Drugi tatuaż, to były elfickie napisy, które zaczynały się na przodzie prawego ramienia, przechodziły i ciągnęły się do przodu lewego ramienia omijając szyję łukiem. Było to stare powiedzenie bractwa "Żyj wolny, aż do śmierci". Trzeci i ostatni tatuaż znajdował się na wewnętrznej stronie jego przedramienia i był to również napis. Napis ten był zapisany w języku trolli i były to imiona członków jego rodziny. Daemon i Mirande. Sakos uklęknął nad potokiem i zanurzył prawą dłoń w wodzie. Aż się wzdrygnął, gdy lodowy dreszcz pomknął po jego ręce, aż do ramienia. Potem jednak zaczął się przemywać mimo lodowatej wody. Dziwne, że była tak zimna woda w tak ciepłej krainie, no ale cóż. Co miał zrobić? Mógł jedynie kąpać się dalej. Trwało to kilka minut. Podczas roboty Sakos myślał nad swoim jutrzejszym planem dnia. "Rano udam się na polowanie i jak szczęście dopiszę, to coś wytropię. Może zaniosę zdobycz do wioski i wymienię ją na jakieś mięso albo coś. Nie potrafię zdzierać skóry ze zwierząt, więc pewnie niewypatroszone będzie warte więcej". Nagle coś przed nim zaszeleściło. Zastygł instynktownie i dalej nasłuchiwał. Przykucnięty wlepił spojrzenie w miejsce, z którego jak się zdawało, mógł pochodzić dźwięk. Ujrzał jakiś błysk w krzakach za strumykiem i w ostatniej chwili zdążył się odsunąć. To najprawdopodobniej uratowało mu życie. Z krzaków wyskoczyła jakaś bestia i chciała uderzyć Sakosa łapą w twarz, ale elf był w trakcie wstawania i pazury stwora zamiast twarzy przeorały klatkę piersiową Windrunnera. Poczuł piekący ból, ale podniósł się raptem jego poziom adrenaliny i przestał go odczuwać. Od razu obrócił się napięcie i jak szybko potrafił, a miał do tego dar, pomknął do pasa ze sztyletami. Bestia najwyraźniej zdziwiona, że ofiara nie padła martwa, zastygła na chwilę, ale po sekundzie biegła już za swoją niedoszłą ofiarą. Sakos wyszarpnął sztylety z pochwy w chwili, gdy stwór się z nim zderzył. Przygwoździł Windrunnera plecami do ziemi. Upadając wypuścił z prawej reki sztylet, ale w lewej ręce nadal dzierżył ostrze. Nigdy nie walczył ze zwierzęciem, ale już nie raz walczył o życie. Bestia jednak jakby zobaczyła zabójcze narzędzie w dłoni elfa i wgryzła się w jego przedramię. Elf wrzasnął z bólu. Nigdy wcześniej nie doświadczył takiego cierpienia fizycznego, żadna rana tak go nie bolała. Miał umrzeć tutaj pokonany przez jakiegoś wilka. O nie... Wypuścił sztylet z lewej ręki, gdyż ból był nie do wytrzymania. Spojrzał szybko w prawo w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby załatwić napastnika i zobaczył to. Drugie z ostrzy leżało na wyciągnięcie ręki. Uderzył stwora w łeb pięścią i sięgnął po sztylet. Bestia na chwilę oszołomiona uwolniła drugą rękę Windrunnera, a potem jej paszcza powędrowała w kierunku gardła elfa, jednak ten złapał ranną ręką stwora za szyję, chociaż ból był przeogromny, a drugą złapał narzędzie i wbił je z boku w szyję stwora. Napór istoty momentalnie zelżał, a Sakos mógł spojrzeć mu w oczy i ujrzeć... Zdziwienie? Korzystając z okazji pchnął stwora na bok i sam usiadł na nim okrakiem. Krzycząc wbijał raz po raz sztylet w szyję i klatkę piersiową potwora długo po tym, jak ten skonał. Przestał i padł na glebę obok zwłok potwora. Czekał, aż jego oddech się wyrówna i znów odzyska nad sobą panowanie. Wtedy znów poczół okropny ból w przedramieniu. Pierwszy raz bał się tak bardzo. Nigdy wcześniej nie zetknął się z takim przeciwnikiem. Nie była to humanoidalna istota i nie mógł z nią walczyć jak człowiek. Wiedziony emocjami i jakimś instynktem sam stał się bestią na czas walki. Liczyło się tylko przetrwanie. Po kilku minutach wstał i popatrzył na zakrwawione zwłoki. Stwór był okryty czarną sierścią, był bardzo wielki i masywny. W blasku księżyca Sakos dostrzegł jego pysk. Nie był to wilk, ani żadna z istot spotykana w tych lasach. "Na wszystkich bogów elfów i ludzi. To jest worgen..."
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sakos



Dołączył: 12 Lip 2013
Posty: 22

PostWysłany: Nie Lis 17, 2013 12:33 am    Temat postu: Szlak Południowy Odpowiedz z cytatem

"To pewnie o to pytał ten tauren z obozu" - pomyślał przyglądając się martwemu worgenowi. Adrenalina już go opuściła i dotarło do niego, jak bardzo jest zmęczony. Wyczerpany upadł na kolana, lecz w porę podparł się rękami, aby nie uderzyć twarzą w ziemię. Kręciło mu się w głowie i ciemniało przed oczami. Miał taką ochotę położyć się na ziemi i odpocząć... - NIE! - Nie mógł teraz zasnąć, bo mógłby się już nigdy nie obudzić. Krwawił obficie z przedramienia i musiał się tym zająć. Teraz. Nie wiedział też jak poważna jest rana na klatce piersiowej. Z niej również spływała gorąca, czerwona ciecz. Podniósł się z wysiłkiem i ruszył w stronę namiotu, gdzie miał swoje rzeczy. Po drodze walczył z tym, żeby nie zemdleć i o mało się nie przewrócił. Przy namiocie znowu padł na kolana i zaczął szukać czegoś w swoich sakwach. Ręka paliła żywym ogniem, a dodatkowo musiał walczyć z mdłościami. W końcu poczuł w ręce znajomy kształt i wyciągnął buteleczkę o niebieskiej barwie. Odkorkował ją pośpiesznie i opróżnił cała zawartość naczynia, po czym wypuścił ją z ręki. Napój smakował okropnie, ale wiedział, że może mu pomóc. Chwilę po wypiciu płynu poczuł znajome ciepło w żołądku i mdłości po woli ustały tak samo jak zwiększające się cienie przed oczami. Napój nie zmniejszył jednak bólu. Sakos popatrzył na swoją lewą rękę. Na przedramieniu widniała okropna rana po ugryzieniu worgena, z której płynąca krew umazała już całą dłoń. W głowie nadal mu się kręciło, ale mimo tego zabrał się do pracy. Zabrał z sakwy bandaże, opatrunki i specjalną maść i ostrożnie udał się nad strumyk. Tam obmył ciało z zaschniętej krwi i zatamował krwawienie na lewej ręce. Potem zajął się raną na klatce piersiowej. Pazury zadały płytką ranę, więc nie była ona bardzo groźna. Również zatamował krwawienie opatrunkiem i zawiązał bandaż przez ramię tak, jak łucznicy noszą swoje łuki. Siedział potem nad strumykiem jakiś czas i zastanawiał się. "Co ten worgen tutaj robił? Tutaj w krainie druidów? Wytropiliby go w końcu i zabili. Musiał mieć poważny powód, aby się tutaj dostać i te taureny z wioski mogą coś o tym wiedzieć. Ale... To nie ważne. Muszę się zając swoimi ranami i pozostać tu przez jakiś czas. Może rogacze dadzą mi jakiś kawał suszonego mięsa w zamian za to, co dzisiaj zrobiłem? W końcu niby pomogłem im się uporać z problemem". Siedział tak przez jakiś czas, a jego zawroty głowy zamieniły się w ból. Nie mógł zebrać myśli, więc siedział tak i cierpiał w milczeniu byleby nie zasnąć. Nie wiedział ile czasu minęło, ale potem ściągnął swoje opatrunki i nałożył specjalną maść, którą zawsze nosił na takie wypadki, jednak była to już końcówka. Następnym razem nie będzie mógł dopuścić do takiej sytuacji. Posmarował skórę dookoła rany na przedramieniu i podobnie zrobił z klatką piersiową. Potem znów założył opatrunki i z trudem wczołgał się do namiotu. W środku obrócił się i wyczerpany padł plecami na futro. Palenie w lewym przedramieniu zamieniło się w pieczenia, ale i tak dzielnie znosił to. Co prawda wykrzywiał twarz w bólu i zaciskał zęby, ale nie musiał teraz bać się okazywania słabości. Pomyślał jeszcze o zwłokach worgena. Nie powinien ich tak zostawiać, ale nie miał siły nic z tym teraz zrobić. Nagle poczuł się dziwnie bezpieczny i nawet nie zauważył jak zamknął powieki i odpłynął...

Rano pierwszym odczuciem było ból i szczypanie w obu ranach, lecz było to dobrą oznaką. Znaczyło to, że maść zaczęła działać. Wygrzebał się z namiotu starając się jak najmniej obciążać zranioną rękę. Stanął na nogi i rozejrzał się dookoła. Nic się nie zmieniło od wczorajszej nocy, a truchło worgena leżało nietknięte w kałuży krwi. Potem spojrzał na słońce. - Wygląda na to, że mamy późny ranek... Chyba - powiedział sam do siebie. Światło przyjemnie ogrzewało jego ciało i stwierdził, że czuję się nieźle. Poszedł się przyjrzeć jeszcze raz zwłokom stwora. "Potężna bestia. Zabójcze szpony pięknie przeorałyby moją twarz, a te kły z łatwością rozerwałyby mi gardło. Czego tu szukał? Polował, czy chciał mnie zabić tak po prostu. W końcu to nie są chyba po prostu zwierzęta. Może mają jeszcze w sobie jakieś ludzkie cechy?" -Rozważał. Nagle dotarła do niego pewna myśl i wytrzeszczył oczy. "Przecież mnie ugryzł! Stanę się teraz worgenem? Słyszałem o takich przypadkach wśród ludzi, ale wśród elfów? Mam nadzieję... Nie, to nie możliwe? Chociaż... Kto wie? Nie panikuj tylko, bo to nie pomogło nikomu. O ile mi wiadomo nie ma na to lekarstwa, więc nawet jeżeli stanę się worgenem, to nie mogę nic na to poradzić... Ale może druidzi mi pomogą.". Na razie musiał zaspokoić inne potrzeby, czyli głód. Ubrał się w swoje szaty, chociaż nie było mu zimno. Mulgore było ciepłą i przyjazną krainą, ale Windrunner chciał ukryć swoje opatrunki. Sam nie wiedział czemu, ale uznał, że tak będzie lepiej. Chciał przetransportować jakoś ciało worgena do obozu byczogłowych, ale nie wiedział jak to zrobić. Ruszył więc bez truchła. Wczoraj marsz z obozu do lasu trwał kilka godzin. Teraz trwało to o wiele dłużej. Sakos był zmęczony upływem krwi i szedł powoli. Gdy dotarł do wioski, spotkał tego samego taurena, z którym rozmawiał wczoraj. - Cóż to cię znów do nas sprowadza przybyszu? - Tauren popatrzył na zmęczonego elfa radośnie. Chyba wódz nie miał zbyt wielu gości w obozie. - Przynoszę wieści - powiedział stając przed prawie dwa razy większym rozmówcą. Miał wrażenie, że tauren mógłby go zmiażdżyć jedną ręką... Ale najpierw musiałby go złapać. Byczogłowy spojrzał na niego pytająco. - Wczoraj w nocy... - Przerwał na chwilę, żeby pozbierać myśli. - Wczoraj zaatakował mnie worgen. - W oczach wielkoluda zobaczył nagłe zainteresowanie. - Tak? Ale wszystko w porządku? Widzę, żeś cały, więc nie możesz być zwykłym podróżnikiem lub miałeś wiele szczęścia. A co z potworem? Uciekł? - Windrunner pokręcił głową. - Gryzie piach, ale nie ukrywam, że było blisko. Zwłoki znajdują się na polanie, na której rozbiłem obóz. Znajduję się na skraju lasu za małym pasem drzew. Płynie przez nią potok i... - Tauren uniósł masywną dłoń dając znak, aby elf zamilkł. - Wiemy gdzie to jest - powiedział. Potem obrócił się i zawołał w obcym Sakosowi języku. Z jednego z namiotów wyszło dwóch taurenów. Jednym z nich była samica taurena o szarej sierści, a za nią wyszedł mężczyzna o sierści czarnej jak u wodza grupy. Najważniejszy tauren znów powiedział coś w tym języku. Dwójka kiwnęła głowami i ruszyła w stronę lasu. Potem wódz zwrócił się do Sakosa. - Moje dzieci sprawdzą, czy twoja historia jest prawdziwa, chociaż nie wątpię w to. Wprawdzie po cóż miałbyś leźć taki kawał do naszej wioski? - Popatrzył na elfa badawczo. - Wyglądasz bardzo mizernie. Może coś zjesz? Chodź za mną. - Poprowadził go do największego namiotu w obozie. Na środku namiotu znajdował się pal, który podpierał sufit, a wokół rozłożone były dywany i skóry. Wódz kazał mu usiąść i znów zawołał w dziwnym języku. W wejściu do namiotu pojawiła się taureńska kobieta. Wymieniła kilka zdań z taurenem i zniknęła, by po chwili wrócić z tacą suszonego mięsa i kawałkami chleba. Sakos był cholernie głody, ale starał się jeść powoli, nie łapczywie. Tauren zapytał go o coś, ale Windrunner był zajęty jedzeniem. Dopiero po chwili dotarło do niego, że gospodarz mówił do niego. - Hę? Co takiego? - zapytał z pełnymi ustami. Tauren wydawał się rozbawiony. - Pytałem, czy cię nie pogryzł - zapytał uśmiechnięty. Sakos nie od razu go zrozumiał. - Co takiego? - Powtórzył niepewnie pytanie. - Worgeny to niebezpieczne stworzenia. Wielu ginie w walce z tymi potworami. Pytam cię, czy cię nie pogryzł, bo ugryzienia worgena są bardzo niebezpieczne. Mają swego rodzaju... Jad. Najlepiej działa na ludzi. Większość ras jest na niego odporna, ale ludzi są najbardziej podatni na jego działanie. O elfach mi nie wiadomo. To co? Pogryzł cię czy nie? - Chociaż w środku Sakosowi nagle zrobiło się zimno, to odparł bez wahania. - Nie. - Tauren popatrzył teraz na niego innym wzrokiem. Może to był szacunek. -A więc nie jesteś zwykłym wojownikiem. Nie każdy potrafi wyjść z walki z worgenem bez szwanku, ale tobie się udało. Jeżeli ta cała historia to prawda, mamy wobec ciebie dług wdzięczności. Polowaliśmy na tego potwora od kilku tygodni. Coraz częściej ich spotykamy. Nie możemy im pozwolić zyskać przewagi liczebnej nad nami. Musimy bronic naszych ziem. - Sakos kiwnął głową. Następne kilka godzin spędził na rozmowie z wodzem o wielu różnych sprawach i zjadł z nim jeszcze jeden posiłek. Wieczorem wróciła dwójka rodzeństwa. Wyszli na dwór ich przywitać. Mężczyzna niósł na plecach truchło potwora. Wódz klepnął Windrunnera w plecy tak mocno, że elf się prawie przewrócił. - A więc mówiłeś prawdę. Szczerze, to nie wątpiłem w twoją historie. - Zwrócił się do swojego syna. - Spal to i zajmij się naszymi kodo. - Potem zwrócił się znów do Windrunnera. - Może spędzisz u nas noc? Do twojego obozu daleka droga, a raczej żadne zwierzę go nie tknie, jeżeli nie ma tam jedzenia. - Sakos przyjął gościnę uśmiechem i uprzejmym skinieniem głowy. Wiedział, że powinien zmienić opatrunki, więc wymknął się, kiedy członkowie obozu szykowali się do wieczerzy i zrobił to za jednym z namiotów. Potem wrócił do taurenów i spożył z nimi posiłek. Gdy kładł się na futrach, długo nie mógł zasnąć. W głowie miał tylko jedną myśl. "Czy mogę stać się worgenem?" Po długim czasie nadeszły sny, a razem z nimi koszmary...
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sakos



Dołączył: 12 Lip 2013
Posty: 22

PostWysłany: Pon Lis 18, 2013 9:17 pm    Temat postu: wieża mgłą spowita Odpowiedz z cytatem

Śnił mu się jego syn. Jego twarz wykrzywiona w okropnym grymasie bólu, a potem oskarżycielskie wspomnienie, którym obrzucał Sakosa. Potem pojawiła się Mirande. Prowadzili ją związaną na szubienicę, a obok już wisiał Daemon. Windrunner chciał krzyczeć, wrzeszczeć, pozabijać strażników i uratować żonę. A potem wszystko zniknęło.

Obudziły go jakieś hałasy na dworze. Otworzył oczy i leżał jeszcze chwilę, aby obudzić również swoje myślenie. Potem wstał. Nie musiał się ubierać, bo położył się wczoraj w pełnym wyposażeniu. To znaczy ściągnął oczywiście swoją broń, lecz szaty już nie. Nie chciał pokazywać swoich obrażeń, gdyż taureni domyśliliby się jak otrzymał te ranę, a nie wiedział jak na to zareagują. Gdy wyszedł z namiotu, mieszkańcy obozu zasiadali do rannego posiłku. Wokół ogniska, które znajdowało się w centrum obozu, siadali na trawie. Niektórzy kładli skóry i na nich siadali. Z ułożenia słońca Sakos wywnioskował, że jest zaledwie kilka minut po świcie. Nagle ktoś klepnął go w plecy. - No, myślałem, że prześpisz cały dzień. My już tu od dawna na nogach - powiedział wódz. Wczoraj wieczorem siedzieli do późna w nocy i elf nie miał pojęcia, kiedy jego wielki gospodarz położył się spać. "Może wcale się nie kładł?" Czarny rogacz nakazał Sakosowi gestem podążać za sobą, co elf zrobił bez wahania. Wódz zatrzymał się przy ogniu, a elf stanął przy jego boku. Potem tauren zawołał coś w swoim języku i trzy kobiety przyniosły tace z jedzeniem. Postawiły je między dowódcą obozu a ogniskiem. Czarny tauren uniósł ręce wysoko. - Ziemio, nasza matko. Dziękujemy ci za dary, które nam zsyłasz i urodzajne stada. - Sakos widział to już wczoraj. Najwidoczniej byczogłowi robili tak przed każdym posiłkiem. - Dziękujemy za udane polowania i zdrowych nowo narodzonych. Dziękujemy ci również za to, że nasi starsi mogą nadal kroczyć między nami i przekazywać nam twoją wiedzę. Prosimy cię Matko! Ześlij spokój na naszych towarzyszy, którzy oddali życie w obronie naszej ojczyzny. Niech ich pamięć nigdy nie przeminie - zakończył, a cały obóz powtórzył po nim chórem ostatnie zdanie. Następnie wódz podniósł owoc znajdujący się na jednej z tac i ugryzł. Jako przywódca miał prawo zrobić to jako pierwszy. Po nim inni mieszkańcy obozu podchodzili i brali z tac. Sakos poczekał, aż skończą. Uznał, iż nierozsądnie byłoby wchodzić między takie wielkoludy. Wcześniej zauważył, że na tacach znajdowały się same owoce. Zapytał o to wodza. - Całe mięso wczoraj nam zjadłeś - zażartował. Sakos odpowiedział mu uśmiechem. - Tobie może się to wydać dziwne, ale my nie jadamy mięsa tak często jak inne rasy. - Sakos pomyślał, że to interesujące. W swoich podróżach nie stykał się wiele razy z taurenami i niewiele o nich wiedział. "To musi się zmienić, skoro mam tu spędzić trochę czasu". Zobaczył, że teren wokół tac jest bezpieczny i podszedł do nich. Wybrał sobie dwa jabłka i usiadł koło wodza wioski, który raczył się arbuzem wielkości głowy Windrunnera. - Mógłbyś mi opowiedzieć o swojej rasie? Wódz popatrzył na niego ciekawie. Potem odstawił owoc na bok. - Od czego by zacząć przybyszu? Można opowiadać godzinami o mojej rasie. - Popatrzył gdzieś w dal. Widać było, że się zastanawia. Taureni to prostsza nazwa naszej rasy, którą stworzyli orkowie, żeby nie łamać sobie języków. Naprawdę nazywamy się Taur-ahe. Sakos spróbował to wymówić, ale wyszło mu zupełnie coś innego. Taur-ahe się zaśmiał. - Widzisz? No dobrze, zacznijmy od początku. Naszą ojczystą ziemią jest Kalimdor. Nasi praojcowie żyli tu jeszcze przed powstaniem nocnych elfów. Byliśmy plemieniem koczowniczym, ale osiedliliśmy się w Mulgore. Jesteśmy spokojnym ludem żyjącym w zgodzie z naturą. Czcimy i dziękujemy Matce Ziemi za zaszczyty, które nam zsyła. Każdy z nas bierze z natury tylko tyle, ile jest potrzebne do przeżycia. - Skończył i znów zabrał się za owoc. - A czemu nie jadacie mięsa "tak często jak inne rasy"? Czy polowanie to dla was... No nie wiem. Kradzież? Popatrzył na taurena. Ten popatrzył na niego jak na idiotę. - Polowanie kradzieżą? Skąd ci to przyszło do głowy? - Patrzył już na niego normalnie. - Nie ma różnicy między oddawaniem czci a polowaniem. Polowania oddają honor duchom natury przybyszu. Ze strony Sakosa trudno to było zrozumieć, więc zadał inne pytanie, a potem zabrał się za pierwsze jabłko. - To co teraz planujecie? Worgen został zabity. Wrócicie do Thunderbluff? Popatrzył pytająco na rogacza. - Zostaniemy tu trochę - mówił między gryzami arbuza. Zaraz skończył jednego i zabrał się za drugiego. - Musimy się upewnić, że był tylko jeden. Pewnie po jakimś tygodniu wrócimy do stolicy. Będę musiał wysłać kogoś po zapasy, bo już nam się kończą. A może wyślę kogoś na polowanie? W końcu mamy samych myśliwych. Popatrzył na Sakosa poważnie. - Ty lepiej się zastanów, co ty chcesz zrobić. Nie wyglądasz mi na myśliwego, że zamieszkałeś w tym lasku. Nie ma wielu takich schronień w Mulgore. Prawie cała kraina to jedna wielka równina. Podczas, gdy wódz jadł wielki owoc, Sakos obmyślał kolejne pytanie. Nie wiedział też, co miałby dalej robić jak już opuści obóz, więc pewnie zostanie na tamtej polanie jeszcze kilka dni. Postanowił, że poruszy teraz inną, znacznie delikatniejszą kwestię dla taurenów jakby mogło się zdawać. - Co możesz mi powiedzieć o worgenach? - Nie było to pytanie z czystej ciekawości. Sakos musiał się o nich dowiedzieć jak najwięcej, gdyż nie wiedział, do czego może doprowadzić ugryzienie tego worgena znad potoku. Druid znieruchomiał na chwilę, a potem spojrzał na niego pytająco. - Jeden z nich prawie mnie dorwał. Chcę poznać swojego przeciwnika. - Rogacz kiwnął głową. Taureńscy druidzi praktykowali podobno jakąś dziwną zwierzęcą formę wiele wieków temu, ale nie jesteśmy tego stu procentowo pewni. Powiem ci prawdę. Worgeny to... Chyba największe narzędzie zniszczenia, jakie kiedykolwiek poznaliśmy. - Teraz to Windrunner spojrzał na niego pytająco. - Potrafią jedynie niszczyć. Ich życie to tylko sianie śmierci i chaosu. Wiesz jak wygląda ich polowanie? One nie zabijają z głodu jak zwykłe zwierzęta. Wolą rozszarpać ofiarę na strzępy, a potem wznawiają łowy. Nigdy nie widziałem bardziej brutalnych stworzeń. Już ci mówiłem, czym grozi ugryzienie takiego potwora. - Sakos kiwnął głową. Te wiadomości były straszne i aż poczuł dreszcz na plecach, gdy pomyślał, że worgen którego spotkał, chciał tylko wbić pazury w jego brzuch i rozpłatać jego ciało na dwoje, a potem zacząłby szukać innej ofiary. Pokręcił głową chcąc odrzucić te myśli. Postanowił zająć się czymś innym. - A właściwie czemu nie zapytałeś mnie o imię? Wódz nie patrzył już na niego. Patrzył teraz gdzieś na równiny Mulgore. - Nie przedstawiłeś się. Zwykle goście to robią, ale byłeś zmęczony i nie było to konieczne. Poza tym nadal nie jest. - Sakos wstał i stanął na przeciwko taurena. Nadal był mniejszy mimo tego, że wielkolud siedział. Postanowił się przedstawić, bo choć tym mógł jakoś podziękować gospodarzowi za gościnę, ale wiedział również, że może tego później pożałować. Złożył przed rogaczem głęboki ukłon. - Wybacz mi mój brak wychowania. Nazywam się Sakos Blood i pochodzę z Silvermoon. Zagnało mnie do waszej krainy kilka spraw, które toczą się teraz za mną przez życie. Słysząc to wódz również wstał. Podłapał elfickie przywitanie Windrunnera i spróbował ukłonić się jak najniżej, a przy jego masie wyglądało to komicznie. Sakos jednak potrafił hamować swoje uczucia i ich objawy. - Jam jest Graddon Grzmiące Kopyto, jeden z czołowych łowców Thunderbluff. - Potem już mniej oficjalnie zapytał. - To Blood to jakiś twój przydomek, czy co? My taureni nosimy od dwóch do trzech imion, które są nam nadawane przez próby męstwa lub w zależności od naszych umiejętności. Jakie jest twoje imię? Sakos uśmiechnął się i odparł jeszcze raz z ukłonem. - Jam jest Windrunner, Szybki jak wiatr.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sakos



Dołączył: 12 Lip 2013
Posty: 22

PostWysłany: Sob Gru 14, 2013 1:29 pm    Temat postu: Szlak Południowy Odpowiedz z cytatem

Sakos wyruszył jakąś godzinę później. Graddon dał mu zapasy na drogę i swoją córkę w roli obstawy. Ta podczas drogi do obozu elfa nie była zbyt rozmowna. Windrunner kilka razy próbował poprowadzić rozmowę, ale taurenka odpowiadała wymijająco i podróżowali w ciszy. Sakos wyczuwał jej antypatię. Z jakiegoś powodu go nie lubiła, ale nie miał pojęcia dlaczego. Po godzinie, dwóch, a może trzech, dotarli do obozu. Nic się nie zmieniło. Namiot stał, tam gdzie stał. W miejscu, gdzie wcześniej leżały zwłoki worgena, teraz na zielonej trawie widniała zakrzepła krew. Wszystko wyglądało tak, jak to zostawił. Podszedł do namiotu i położył obok niego plecak z zapasami od przywódcy taurenów. Nagle córka wodza znalazła się obok niego. Poruszała się zadziwiająco cicho i zwinnie jak na tak potężną istotę. - Wiesz, niewiele jest takich osób, które wywinęłyby się worgenowi bez żadnych obrażeń. Zastanawiam się, jak ci się to udało. Mówiłeś wcześniej, że jeszcze z żadnym nie walczyłeś. Sakos popatrzył na nią. Nie mogła zobaczyć podejrzliwego spojrzenia, którą ją obrzucił, gdyż kaptur rzucał cień na jego twarz. "Ona coś podejrzewa". Jeżeli chciał ją okłamać, to musiał wyjść przekonująco - Szczęście nowicjusza - odparł. - Ledwo uszedłem z życiem, ale Matka Natura chyba uznała, że mój czas jeszcze nie nadszedł. Powołując się na taureńskie bóstwo chciał zadziałać pozytywnie, ale uzyskał całkiem odwrotny efekt. Na obojętnej dotąd twarzy taurenicy pojawił się gniew. Zaczęła krzyczeć na Sakosa. - Jak śmiesz używać imienia Matki Natury ty kłamco?! Elf sztucznie uniósł brwi. - Nie wiem o czym mówisz - odparł wymijająco i schylił się do plecaka, z którego chciał wypakować taureńskie zapasy, jednak łowczyni chwyciła go mocno za ramię i pociągnęła do z powrotem do góry. Jej gniew narastał. - Tak, już ty dobrze wiesz. Wskazała palcem nad strumyk. To tam worgen zaatakował Sakosa. - Znalazłam tam zakrzepniętą krew, która na pewno nie należała do worgena. Należała do ciebie. Windrunner wyrwał się z jej uchwytu i kaptur spadł mu z głowy. Przeszedł wkurzony kilka metrów, po czym zatrzymał się. "Co za kobieta. Nic ją nie obchodzi, że pomogłem im pomóc się zagrożenia?" Był zdenerwowany, lecz gdy się odezwał, jego głos brzmiał spokojnie. - I co zamierzasz z tym zrobić? Niemal czuł, jak łowczyni poprawia sobie łuk wiszący na ramieniu. - Po takim czasie nawet druidzi nie byliby w stanie cię uleczyć. Powinnam cię zabić - powiedziała twardo i bez cienia współczucia. Nagle niesamowity gniew eksplodował w Sakosie. Uczucie, którego za nic w świecie nie mógł opanować. Odwrócił się, podszedł do niej i wlepił w nią gniewne spojrzenie. - Możesz spróbować - powiedział wyzywającym tonem. Taurenka patrzyła gniewnie w jego oczy, ale potem jej spojrzenie opanowało zdziwienie. Nagle do głowy Sakosa dotarły myśli, o których nigdy wcześniej by nie pomyślał. "Jak łatwo by było ją teraz zabić. Zdążyłbym wyciągnąć sztylet i wbić go między jej oczy zanim zdążyłaby powiedzieć "Oj"". Taurenka patrzyła jeszcze chwilę na niego zdziwiona, a potem, ku zaskoczeniu Windrunnera, odwróciła się na pięcie i ruszyła truchtem ku swojemu obozowi. Powoli opuścił go gniew. Teraz dotarło do niego, o czym przed chwilą pomyślał i zdziwił się. "Co się ze mną dzieje?". Odwrócił się i podszedł do strumyka. Uklęknął i obmył twarz w letniej wodzie. A potem spojrzał w swoje odbicie i wciągnął z sykiem powietrze. Jego zielone oczy przecinały teraz przekrwione kreski, podobnie jak czerwieniały białka oczu u zmęczonych ludzi. Jego oczy również tak się zaczerwieniły. "Jak u człowieka... Albo wściekłego wilka" - przeszło mu przez myśl. Teraz wiedział, czemu taurenica tak się zdziwiła. Zobaczyła to, co właśnie widział Sakos. Elf wstał i podszedł do namiotu. "Koniec wakacji" - pomyślał i zaczął zwijać obóz.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sakos



Dołączył: 12 Lip 2013
Posty: 22

PostWysłany: Nie Sie 24, 2014 3:51 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

[center]tydzień później[/center]

Biegł jak opętany. Towarzyszył mu tylko szum liści poruszanych przez wiatr. Każdy, nawet najdrobniejszy ruch, przyciągał jego lękliwe spojrzenie, obawiające się nadchodzącej pogoni. Czuł zapachy, których nie powinien czuć. Słyszał odgłosy, które nigdy nie powinny zostać wyłapane przez jego elfie uszy.
"Co się ze mną dzieje?"
Strach, przerażenie, ucieczka. Przetrwać. Tak, to się teraz liczyło, przetrwać. Pościg nadal trwał, ale teraz nie ścigali go zabójcy. Ścigali go taureńscy łowcy. To, co się stało nad potokiem... To go zmieniło. Nie był już tym samym elfem. Nie był już sobą.
Przeskoczył zwinnie nad przewalonym drzewem. Windrunner, szybki jak wiatr. W pogoni stracił ekwipunek, zapasy, część odzieży. Miał na sobie podarte nogawice i sztylet w ręce. To wszyskto, co zostało po kilkunastu starciach ostatniego tygodnia, a pościg nadal trwał. Jedynym ratunkiem była ucieczka.
Włosy podskakiwały, targane wiatrem, a bose stopy, czerwone od krwi i pokryte strupami, bolały nieznośnie. Ale biegł dalej, tak mówił instynkt. Nawet jeleń ze strzałą w brzuchu da radę uciekać, gdy tak go pokieruje instynkt. Sakos jeden but stracił, gdy jeden z psów gończych do dopadł i złapał paszczą za stopę, boleśnie się w nią wgryzł i szarpnął, zdejmując obuwie. Tego elf poczęstował pięknym pchnięciem w kark. Drugi but zaklinował mu się między konary drzew podczas ucieczki i musiał go już tam zostawić, bo inaczej dorwaliby go łowcy.
Teraz wiedział, że są blisko. Niemal czuł ich oddech na karku. Wiatr wiał mu w plecy, niósł, teraz znienawidzony, oddech taureńskiego futra. Nie wiedział, czemu go ścigają. Co im zrobił takiego? To wszystko przez tego worgena!
Nagle przystanął, wyczuwszy całkiem inną woń. Coś, czego jeszcze nie czuł w tym lesie. Drzewa szumiały nad jego głową, a on tak stał przez chwilę. "Kot. Na pierdoloną Matkę Ziemię, ścigają mnie druidzi!"
Od razu zaczął układać plan. Nie było szans prześcignąć druidów wyspecjalizowanych w zmianie kształtów. Po prostu nie było. Jedynym, na co wpadł Sakos, było wejście na drzewo, tak więc złapał sztylet między zęby i zaczął się wspinać. Na sam czubek. A szło mu zadziwiająco łatwo. Wcześniej był świetnym wspinaczem, ale teraz robił to bez zastanowienia, nawet nie musiał szukać podparcia, jego ręce i nogi same znajdowały odpowiednie gałęzie. W końcu usiadł na czubku i czekał. Nie musiał czekać długo. Zaraz usłyszał chrzęst gałązek, łamanych pod ciężarem opadającej łapy. Nie musiał się przypatrywać, żeby wiedzieć, co to jest. Na dole stały dwa niedźwiedzie, jeden szary, drugi jasnobrązowy. Obwąchiwały okolicę, stawały na tylnych łapach, rozglądały się. Sakos nawet wstrzymał oddech, obawiając się, że druidzi usłyszą, jak serce wali mu w piersi. Jednak niedźwiedzie po chwili ruszyły dalej, zwinnie manewrując między drzewami. "Farciarz ze mnie. Ja miałem je pod wiatr, więc nie mogły iść za zapachem" - przeleciało mu przez głowę. Poczekał jeszcze dziesięć minut i zaczął schodzić z drzewa, gdy znów usłyszał ten dźwięk, a później cichy warkot z dołu. Spojrzał. Kot. Ale nie byle jaki, to był kolejny druid. Świadczyły o tym tatuaże na kocich barkach. Zwierzę miało prawie dwa metry długości i było całkowicie białe poza oczami, które miały barwę krwistoczerwoną. - No i masz, kurwa, farta - zaklął elf i znów zaczął się wspinać. Oddech przyśpieszył, lek stał się bardziej odczuwalny. Siedząc znów na czubku drzewa, krzyknął: - Zapraszam na górę, skurwielu! A potem pożałował swoich słów, bo druid przykucnął na tylnych łapach i skoczył. Wbijając pazury w korę drzewa, wchodził coraz wyżej i wyżej. Wbijał w Sakosa spojrzenie pełne nienawiści. Elf nie wiedział, co począć. Jeszcze chwila, a biały kot zatopi w nim zęby. I w tym momencie wyłączyła się chłodna kalkulacja, racjonalne myślenie i planowanie, które towarzyszyły Sakosowi przez lata. Elf zeskoczył z gałęzi, niczym kot, lądując wprost na wspinającym się druidzie i wbił mu sztylet w prawą łopatkę. Kot zaryczał dziko, gdy siła grawitacji pociągnęła go wraz z Windrunnerem na dół. Obaj, elf i zwierzę, gruchnęli twardo o ziemię. Były zabójca miał szczęście, że wylądował na drapieżcy, bo inaczej było pewne, że złamałby sobie nogę lub rękę. Albo jedno i drugie...
Przetoczył się na bok, trzymając w prawicy sztylet, umazany druidzką krwią. Naprzeciw niego stanął śnieżnobiały kot z nienawiścią widoczną w oczach. Kulał lekko na prawą łapę. Pantera zaryczała, prezentując rząd ostrych jak brzytwa kłów. Sakos wiedział, że to było coś w stylu "rzuć broń", ale to byłby wyrok śmierci. Więc też zasyczał, prezentując dziko własne zęby. Niedawno odkrył, że jego uzębienie zmieniło się. Zamiast mieć równe i piękne zęby jak wszystkie elfy, jego trójki zmieniły się w kły, jak u człowieka. To była kolejna dziwna rzecz od spotkania z worgenem. Bestia rzuciła się na Sakosa. Ten wykonał zwód w prawo, ale druid był za szybki. Z łatwością przewidział jego zamiar i gruchnął w niego z całej siły, zwalając go z nóg. Sztylet wypadł z ręki elfa i upadł twardo na plecy. Druid od razu znalazł się na nim, chcąc rozorać mu twarz pazurami. Sakosa uratował jego refleks. Złapał kota za szyję, aby nie mógł wgryźć mu się w szyję, a lewą ręką zablokował prawą łapę bestii. Druga łapa druida, najwyraźniej uszkodzona przy lądowaniu, zwisała bezwładnie. Sakos był silnym mężczyzną, ale siłowanie z panterą nie było proste. Wiedział, że za chwilę przegra, a bestia rozszarpie go na kawałki. Nie mógł nic z tym zrobić! Taka bezsilność go przerażała! Bał się, był przerażony, nie chciał umierać! Chciał przetrwać! I wtedy jego zielone oczy znów się zaczerwieniły i zrobił coś, o co by się nigdy nie podejrzewał. Prawą ręką z całej siły odciągnął pysk kota do tyłu, odsłaniając gardło. Nie było w zasięgu ręki sztyletu, jak w przypadku worgena, więc nie pozostało mu nic innego. Otworzył usta szeroko jak wilk i zdecydowanie wgryzł się w szyję kota, który szarpnął się mocno. Sakos również szarpnął, wyrywając tchawicę druida i zrzucając go z siebie. Wstał i splunął na ściółkę leśną. Oczy bestii zrobiły się wielkie z niedowierzania. z tchawicy i pyska sączyła się krew. Dusiła się własną krwią. Odnalazł sztylet i klęknął przy, jak się okazało, druidce. Popatrzył na nią smutno. - Nie chciałem tego... Zrozum, nie mogę jeszcze umrzeć. Nie mogę, dopóki nie zapewnie bezpieczeństwa moim bliskim. Każdy o coś walczy, ja walczę o to. I będę ich bronił za wszelką cenę. Nawet, jeżeli będę musiał czynić takie barbarzyństwa. Dobił konającą kocicę szybkim pchnięciem w serce. Po chwili oddech ustał, a Sakos zamknął oczy swojej przeciwniczce. Zmówił krótką modlitwę i ruszył w dalszą drogę.
O świcie znalazł się przy trakcie, cały we krwi, ranny, półnagi, spragniony, głodny i zmęczony. Wycieńczony. Widział jak przez mgłę. Nosiło go, jakby był pijany. Nie wiedział, co począć, był już tak zmęczony, że było mu wszystko jedno. Nie minęła minuta, gdy padł nieprzytomny na trawę koło głównego traktu. Śniła mu się rodzina i świat, w którym nie musi nikogo zabijać, lecz uprawia rośliny, starzeje się, wychowuje wnuków. Świat, w którym byłby szczęśliwy.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Sylwia



Dołączył: 04 Gru 2016
Posty: 67

PostWysłany: Nie Gru 04, 2016 3:13 pm    Temat postu: Forumoteka.pl Odpowiedz z cytatem



Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Sakos



Dołączył: 12 Lip 2013
Posty: 22

PostWysłany: Wto Wrz 09, 2014 7:37 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wieczór tego samego dnia.

Coś zaszeleściło na dole, Sakos wstrzymał oddech. Coś dużego. Z trudem powstrzymał się, aby oderwać głowę od pnia drzewa i spojrzeć w dół. Już wiedział. To znowu była ta parka druidów. Elf zachodził w głowę, co takiego zrobił lub czym się stał, że nawet prawowici obrońcy natury zdecydowali się dołączyć do pościgu za nim. Co właściwie się działo? Dlaczego to wszystko się stało?
Nie miał czasu się zastanawiać. Wielki niedźwiedź na dole stanął na tylnych nogach i rozejrzał się dookoła. Sakos modlił się, aby nie wyłapał jego zapachu. I modlitwa się sprawdziła. Po chwili druidzi ruszyli dalej niedźwiedzim biegiem i zniknęli między drzewami. Elf rozejrzał się dookoła, bo był już w podobnej sytuacji poprzedniego dnia, tylko gdy tamtym razem zszedł na ziemię, czekał na niego koci druid, który miał rozerwać mu gardło. Może to była jakaś druidzka taktyka? Po kwadransie zabójca zszedł z drzewa i rozejrzał się dookoła niczym spłoszone zwierzę. Czekał na jakiś ruch, na najmniejszy sygnał... lecz się nie doczekał. Schował nóż do pochwy. Mężczyzna wyglądał nie lepiej niż poprzedniego dnia. Udało mu się trochę przespać i udało mu się ukraść białą tunikę od jakiegoś kupca wędrującego do Thunder Bluff. Przynajmniej nie był już nagi...
- Przydałby się teraz Arual - westchnął. Już od dłuższego czasu mówił sam do siebie, gdy jedynym towarzyszem stała się nieustająca pogoń. Nie widząc tu niczego przydatnego ruszył dalej lasem, cały czas uważnie nasłuchując, a słuch elfy mają świetny. Każdy najdrobniejszy ruch, najmniejszy sygnał, kończył się chwyceniem za rękojeść sztyletu. A sama broń była nietypowa. Nie był to sztylet, gdyż zamiast ostrza z broni wyrastał ząb jakiegoś kota szablozębnego, najpewniej lwa występującego obwicie na sawannach otaczających Rozdroża. Tę broń Sakos również ukradł kupcowi.
Przeszedł kolejne kilkaset metrów. Strupy na stopach boleśnie dawały o siebie znać. Znowu coś zaszeleściło i Sakos wyrwał nóż z pochwy, gotowy do walki. Z krzaków niedaleko niego wybiegła wiewiórka i przypatrzyła mu się czarnymi oczkami.
- Chyba zaczynam powoli odchodzić od zmysłów - powiedział opuszczając broń, ale już jej nie schował. I jak widać słusznie.
Nagle coś przysłoniło mu słońce. Wielki ptak spadł jak grom z nieba i zaatakował Sakosa. Gdyby elf nie zasłonił twarzy przedramieniem, to pewnie napastnik przeorałby mu oczy.
Krew, jęk, gniew.
Sakos odskoczył w tył, łapiąc się za ranne przedramię i klnąc obrzydliwie. W tym samym momencie ptak wylądował przed nim na ziemi i zaczął się zmieniać. Po chwili przed elfem stał sam Grzmiące Kopyto.
- Nie podejrzewałem, żeś druid - powiedział Sakos wrogo, starając się zatamować krew.
- Nie wiedziałem, żeś kłamca - odparł wódz taurenów z kamienną twarzą. Coś zaszeleściło za plecami. Elf obejrzał się i ujrzał, jak zza drzew wyłaniają się dwie potężne sylwetki niedźwiedzi i zaczynają go okrążać. I nagle na jego ustach pojawił się szaleńczy uśmiech.
- No to ładnie... No to kurwa ładnie! - krzyknął, znów patrząc na Grzmiące Kopyto.
- Masz ostatnią szansę. Odłóż ten ząbek, to obiecuję ci szybką śmierć - powiedział wódz, ale do Sakosa dotarło tylko jedno słowo. "Ząbek", pomyślał, perfekcyjna nazwa dla sztyletu.
- Co, wy jakiś leśniczy oddział specjalny? - zaśmiał się. - O nie, drudzie... To ja daję wam ostatnią szansę - dodał, groźnie odsłaniając kły.
Powrót do góry
Ogląda profil użytkownika Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum corvitempus.forumoteka.pl Strona Główna -> Trakty Podróżne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Możesz dodawać załączniki na tym forum
Możesz ściągać pliki na tym forum




Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group